niedziela, 17 listopada 2013

4. Strasznie długi dzień

Dochodziła osiemnasta, kiedy Teddy szedł przez korytarz. Od pojawienia się cyfry na jego szyi, minęły trzy dni. Jedynka zdawała się żarzyć ogniem, a ból nie ustępował.
Lyla nie chciała odpowiedzieć na żadne z jego pytań, co doprowadzało Lupina do białej gorączki. Jego włosy z zielonych, robiły się czerwone, za każdym razem gdy posyłała mu chłodne spojrzenie i po prostu odchodziła.
Wiadomo było więc, że coś ukrywa, Teddy jednak nie potrafił do niej dotrzeć. W końcu wpadł na pomysł i poszedł do gabinetu profesora Longbottoma.
Zapukał trzy razy i odczekał aż mu otworzy. Z drzwi wyłonił się wysoki, ciemnowłosy mężczyzna, który według Harry’ego bardzo się zmienił. Kiedyś wpadał cały czas w kłopoty i był mówiąc krótko – okropną ciamajdą. Teraz zmężniał i spoważniał, a niezdarność dawno go opuściła.
-Cześć Teddy, zapraszam…
-Cześć wujku.
Między nimi nie było żadnego pokrewieństwa, ale od zawsze należał do jego rodziny, był jego „przyszywanym wujkiem”.
-Jak tam ci mija pierwszy tydzień?
Ted usiadł przed jego biurkiem, oparł się wygodnie o krzesło i powiedział:
-Całkiem, całkiem. Ostatnio tylko Hooch działa mi na nerwy, nie chce dopuścić byśmy wcześniej zaczęli trenować Qudittcha.
Neville westchnął tylko i zmierzwił włosy.
-Wszyscy teraz są strasznie spięci, to wszystko przez wojnę…
-Wojnę ? To już zaszło tak daleko ?
Neville wstał i począł przechadzać się po komnacie.
-Nie powinienem ci nic mówić, Ted. To sprawy ściśle tajne. Mogę powiedzieć tylko tyle, że puszczanie was teraz na stadion, byłoby co najmniej  niebezpieczne. Nie może wam na to pozwolić, dopóki się nie uspokoi. Wczoraj Hagrid musiał zabrać ciała czterech jeleni. Są najsłabszymi stworzeniami w lesie, w końcu wyginą wszystkie.
-Jak to się zaczęło?- zapytał Teddy.- Wojna… To wszystko. O co poszło?
-Ciężko powiedzieć, McGonagall coś wie, ale nic nam nie mówiła, myślę że sama się boi, nie wie co robić, to już co prawda starsza kobieta.
-No tak…Wujku, mam jeszcze prośbę… Napisałbyś mi przepustkę do działu ksiąg zakazanych?
Neville zmrużył oczy, wpatrywał się w niego czujnie.
-Nie pytaj po co…- zaczął Teddy wyprzedzając jego pytanie.
-Myślę, że jesteś rozsądnym chłopakiem, więc zaufam ci. Ale uważaj, nie chcę żebyś się włóczył tam i zajmował się Czarną Magią.
-Spokojnie, to tylko jednorazowy wypad.
Profesor Longbottom wypisał mu przepustkę i uradowany chłopak szedł do Widokówki. Kartka ciążyła mu jednak w kieszeni, czuł jakby robił coś nielegalnego.
Nagle usłyszał jakieś głosy, przystanął na chwile i nasłuchiwał.
-To wszystko przez ciebie! Jak możesz?- cienki, zdenerwowany głos dudnił po korytarzach.
-Daj mi spokój. Widziałaś tylko to, co chciałaś widzieć.
-Och tak, jasne. A ona sprawdzała co ci do oka wpadło, tak?
-Jesteś histeryczką, sama doprowadziłaś do tej kłótni. Nic się przecież nie stało.
Teddy skręcił i zobaczył dwoje kłócących się nastolatków. Była to Victoire i Mark.
Po policzkach Vikki spływały łzy.
-Przestań ryczeć. DO NICZEGO NIE DOSZŁO, ROZUMIESZ?- krzyknął Mark i szarpnął ją za ramię.
-Zostaw ją.
Ted wyszedł z ukrycia i stanął przed Markiem. Victoire poczerwieniała ze wstydu.
-Kim ty w ogóle jesteś? Nie wtrącaj się.
Ted jednak nie dał za wygraną, podszedł bliżej Victoire i zasłonił ją.
-Będę się wtrącać, bo nie chcę żebyś na nią krzyczał. Wynocha.
-Nie będziesz mi rozkazywał, sieroto! – najwidoczniej poznał w końcu Teddy’ego i prychnął.
Ted wyciągnął różdżkę, po chwili zrobił to też Mark. Wściekli celowali do siebie. Lupin rzucił Markowi poważne spojrzenie, ale ten nie ustępował. Victoire szarpnęła Teddy'ego za ramię i warknęła:
-Zostaw go.
Usłyszeli głosy uczniów, zbierających się na kolację. W końcu Mark opuścił ją i powiedział:
-Kiedyś się policzymy, Lupin.
Odszedł. Ted odwrócił się do Victoire, która zapłakana stała za nim. Zawstydzona otarła policzki i powiedziała ostrym tonem:
-Po co się wtrącałeś? Przez ciebie… przez ciebie…-nie mogła nic powiedzieć, bo głos załamał jej się i po policzkach popłynęły nowe łzy.
-Victoire, ja…
-Idź sobie ! Wszystko zepsułeś!
Teddy nie mógł wierzyć w to co usłyszał.
-Ja? Vikki, nie pozwolę by ktoś cię tak traktował. Jesteś... - tu zawahał się,a dziewczyna czekała aż dokończy - dla mnie jak siostra.
Weasley zesztywniała i przyjrzała się mu powoli. Jej jasne włosy spływały jej lekko po ramionach. Miała na sobie dżinsy i jasną koszulę. Rękę wciąż była czerwona od szarpaniny z Markiem.
-Nie płacz, Victoire…
-Daj mi spokój. Nie odzywaj się do mnie ! Mam was wszystkich dość ! – warknęła chłodno i uciekła.
***
Ted usiadł obok Olivera.
-Stary, te wojny centaurów chodzą mi cały dzień po głowie. Bins kazał wyuczyć się dat, a ja wciąż nie ogarniam, w którym to było wieku.
Kathy dosiadła się obok Teda.
-Gdybyś nie spał, może byś coś zapamiętał.
-Nie bądź taka mądra, sama też go nie słuchałaś.
Kathy zaczerwieniła się.
-Do kogo pisałaś liściki?
-Co cię to obchodzi? Moja sprawa, tak czy inaczej mam newsa. Vikki zerwała z Markusiem.
-Szybko poszło -stwierdził Oliver.
-Tak podobno całował się z jakąś ślizgonką, a ona go nakryła. Straszne, ja bym mu osobiście wypruła flaki lub dała na pożarcie wilkom.
-Wy, dziewczyny, macie dość drastyczne pojęcie zemsty- zaśmiał się Oliver.
-Chcesz żebym ci pokazała jak potrafię się zemścić za denerwowanie mnie?
Żartowali przez resztę kolacji, Teddy opowiedział im co mówił dla niego Neville.
-O nie ! A co, jeśli McGonagall w ogóle odwoła Turniej w Qudittchu? – zawołał Oliver.
-A ten tylko o qudittchu. Pomyśl ile stworzeń, akurat może w tym momencie ginie w lesie. Czemu oni nic nie zrobią? – warknęła Kathy i spojrzała nienawistnie na stół z nauczycielami.
-Pogorszyli by sytuację. Centaury nie znoszą ludzi, można się domyślić, jak by się wściekli, gdyby czarodzieje mieszali się w ich sprawy.
Do ich stoły podeszła Dominique.
-Hej ! Słyszeliście o McGonagall?
-Co się stało ?
Dominique ściszyła głos.
-Podobno Ministerstwo chce ją wylać, za to, że nie radzi sobie z Hogwartem.
-Co za bzdury !- warknął oburzony Ted.- Doskonale sobie radzi.
-No tak, ale ta wojna w lesie, podobno wilkołak zaatakował Hayley Mison, rodzice zaczynają się bać i gadać, a jak gadają to oznacza, że coś się dzieje…
-Nie słyszeliśmy o tym! Z jakiego jest domu? – zapytała Kathy.
-Ze Slytherinu…
-Dobrze jej tak…- powiedział Scott, a Kathy walnęła go w ramię.
-Auuu ! No co ?
-Przestań Scott ! To przecież niewinna dziewczyna !
-Całkiem niewinna to ona nie jest. Podobno chciała wtedy spalić ogródek Hagrida. To był jakiś zakład, czy coś… Ale pojawił się wilkołak, koledzy zwiali a ona została sama.
Po chwili ciszy, Dominique wstała i rzekła:
-Na nic tu po mnie, muszę iść. Boję się, że Vikki się utopi.
-Co masz na myśli? -zapytał Olvier.
-Płaczę od tak dawna, że niedługo będę musiała zbudować statek, żeby się do niej dostać. To cześć !
Odeszła powoli, choć Teddy chciał za nią zawołać.
-Muszę iść.
-Gdzie ? -zapytali równocześnie Oliver i Kathy.
-Do działu ksiąg…zakazanych


Kathy, która już zamierzała odejść, odwróciła się na pięcie, gdyż pomyślała, że dział ksiąg zakazanych jest dużo bardziej atrakcyjny niż pocieszanie płaczącej Vikki.
-Dział ksiąg zakazanych? Po co chcesz tam iść?! – powiedziała zdezorientowana
Oboje z Oliverem byli przyzwyczajeni do dziwnych zachowań Teddy’ego. Przeżyli razem 6 lat. Ted kochał ich jak rodzeństwo, serce podpowiadało mu „powiedz im, to Twoi przyjaciele, to Twoja rodzina”, rozum jednak wiedział, że nie powinien im mówić o księdze Gads, o jedynce na szyi, o Lyli.
-Muszę napisać referat na temat zaklęcia „Crucio” i wuje…to znaczy profesor Longbottom dał mi przepustkę. W żadnej książce na dozwolonych półkach nie ma o tym zaklęciu zdania.
-Dziwisz się? – zmarszczyła brwi Kathy
-No ja…nie. Ja już pójdę bo zamkną bibliotekę. Zobaczymy się później. Cześć.
Teddy odszedł szybkim krokiem. Było mu głupio okłamywać najbliższych przyjaciół. Nie chciał mówić o tym wszystkim przy Kathy. Dla Olivera mógł powiedzieć wszystko był to jego najlepszy przyjaciel, do Kathy podchodził jeszcze z dystansem.
-Co mu jest? Referat o „Crucio”. Marry Volts chodzi z nim razem na obronę przed czarną magią i nie ma nic zadanego, mówiła mi, bo się przyjaźnimy. Przecież Valentine Greybenn rzadko kiedy zadaje jakąkolwiek pracę domową. – gestykulowała Kathy
-Nie wiem. Pogadam z nim. Teraz idę przygotować się do wyjścia. – powiedział Oliver, który nie znosił zostawać sam na sam z Kathy. Lubił ją jako koleżanką, ale przy niej czuł się tak nieswojo.
Był piątkowy wieczór i uczniowie od 3 klasy wzwyż (McGonaggal zmieniła zasady) szykowali się do wyjścia do Hogsmade. Teddy wiedział, ze sytuacja sprzyja ku temu aby w spokoju pójść do biblioteki i znaleźć w jakiejś książce co oznacza ta jedynka na jego szyi. Leżał na łóżku w swoim pokoju, był trochę śpiący, bo to w końcu piątek, ale wiedział co ma robić. Nie mógł zasnąć.
W swojej podświadomości widział jak przez mgłę liczbę 5. Musiał zobaczyć ją podczas przerwy u któregoś z uczniów. Męczył się tym już od dobrej godziny. Jest!! Przypomniał sobie!! Już wiedział gdzie widział tę cyfrę! Na widokówce gdy siedział z Lylą, ona miała bransoletkę. Zapamiętał ją, miał pamięć do takich drobiazgów, a pod nią czerwona, jakby wyryta „ogniem” cyfra 5. Chciał koniecznie porozmawiać z Lylą, ale to nie było możliwe. Ona nie zadawała się z „kłamcami”. Postanowił jednak podjąć próbę i pobiegł szybko do drzwi, gdzie stary Filch wypuszczał uczniów alfabetycznie do Hogsmade.
-Lyla!!!! Lyla!!! – krzyczał biegnąc.
Lyla odwróciła się w Jego stronę i spojrzała na niego z pogardą, jakby był jakimś mugolem.
-Lyla proszę nie patrz tak na mnie..ja..ja Ci wyjaśnię . Możemy porozmawiać? Proszę to dla mnie bardzo ważne. – powiedział do niej bardzo spokojnie i zmienił kolor włosów na żółty (odziedziczył te zdolność po matce)
-O czym miałabym z Tobą rozmawiać Teddy Lupinie? – oschło rzekła Lyla
-Muszę Cię o coś zapytać.
-Tak? O co Ci chodzi?
-Możesz wiedzieć coś czego ja nie wiem, a ta wiedza jest mi bardzo potrzebna. – Teddy starał się nie roześmiać, ale gdy pomyślał, jak zrozumiała jego słowa Lyla bardzo go rozbawiła.
-Do rzeczy. Chodź. – Teddy ruszył w stronę Widokówki. Lyla ruszyła za nim.
Po 5 minutach siedzieli już przy posągu i przyglądali się pięknemu widokowi na okolicę. Lupin wiedział, że dziewczyna chciała pójść do Hogsmeade, ale nie mógł tyle czekać.
-Mogłabyś pokazać mi lewy nadgarstek?
-W jakim celu Teddy Lupinie?
-Prosiłem Cię, żebyś tak do mnie nie mówiła. Jeżeli pokażesz mi nadgarstek, ja też Ci coś pokażę.
Lyla długo się nad tym zastanawiała. Patrzyła swoim błednym wzrokiem przez okno przed nią ukazujące piękny zachód słońca nad jeziorem. Co takiego ten niebiesko włosy chłopak może jej pokazać? W końcu postanowiła zaryzykować. Podwinęła lewy rękaw i pokazała mu nadgarstek, na którym widniała cyfra 5.
-Wiedziałem, wiedziałem…-mruczał pod nosem Ted
-Co wiedziałeś Teddy Lupi…Przepraszam..Teddy? – spytała zaskoczona Lyla
Ted nachylił się i zaczesał włosy „do góry”. Lyla zobaczyła za jego prawym uchem cyfrę 1.
-Przeszłość. – z zadowoleniem powiedziała dziewczyna
-Słucham? – odpowiedział zdziwiony Ted. Wiedział, ze Lyla jak jej mama lubi bujać w obłokach, więc nie był pewien czy ma brać jej słowa na poważnie.
- Chodzi o twoją przeszłość. Cały czas o niej rozmyślasz. Męczy Cię śmierć twoich rodziców…przepraszam nie chciałam – szybko ucięła speszona widokiem zakłopotanego Teddy’ego Lyla.
Teddy pomyślał chwilę nad wypowiedzianymi przez Lylę słowami. To prawda. – Leżąc w łóżku każdego wieczora rozmyślał, co by było gdyby…
…jego rodzice żyli…
…nie zajęli się nim Weasleyowie i Potterowie…
…nie był czarodziejem…
i o wiele innych rzeczy…
-Ale co to oznacza? Dlaczego Ty masz piątkę na nadgarstku? – Teddy przerwał niezręczną ciszę. Powoli zaczynał wierzyć w to co mówi młoda Lovegoodówna
- Moja piątka cechuje wiele wyzwań które mnie czekają. Nie słyszałeś nigdy o krzyżu runicznym? Na piątym roku runów miałam z tego zaliczenie. – Lyla nie mogła pojąć tego, że ktoś nie zna runów, jej ulubionego przedmiotu.
-Nie chodzę na runy. Czyli ten krzyż…i te cyfry.. to wszystko prawda?
-Ted, jeżeli masz na ciele wyrytą cyfrę, to oznacza, że zostałeś „naznaczony”. Jest obecnie TYLKO 6naznaczonych czarodziejów , tyle cyfr buduje krzyż runiczny. Każda z tych osób ma jakieś zadanie do wykonania. – na jednych oddechu spokojnie odparła Lyla
-Jakie zadanie? Jestem naznaczony ? To dobrze, czy źle?
-Teddy Lupinie! To zaszczyt być wyróżnionym spośród tysiąca czarodziejów, a Ty śmiesz pytać czy to dobrze? – z oburzeniem krzyknęła Lyla. – jeśli chodzi o zadanie to…i tu jest właśnie problem. Nikt swojego nie zna. Wiem tylko…to znaczy, musisz na siebie uważać, bardzo uważać. Masz jedną z parowanych cyfr.
-Jak to? nic nie rozumiem. – Dla Teda wydawało się, ze jest jakimś pustym matołem. Nie potrafił tego zrozumieć. Trochę przemawiał przez niego lęk, po usłyszeniu ostatnich słów wypowiedzianych przez Lylę.
-Na mnie już czas. Chciałabym jeszcze skoczyć do Hogsmeade.
-Zostań, proszę. Wytłumacz mi to. Ty o tym wiesz. Ty dużo wiesz. Czego mam się obawiać?
-Tak Ci się tylko wydaje Tedzie. Wiem niewiele więcej od Ciebie. Po prostu masz parowaną cyfrę, a to oznacza, że jest druga osoba – do pary – jeżeli Ty masz przeszłość, ona ma przyszłość. Nie wiesz kim może być ta osoba, ale jeśli będzie rządna władzy będzie chciała zabrać Ci tę „moc”.
Tedd kompletnie zbaraniał. Miał całkowity mętlik w głowie. Lyla wyszła z Widokówi. On siedział tam, aż zrobiło się ciemno. Rozmyślał nad wszystkim i próbował sklecić to w całość. Im bardziej próbował to pojąć, tym większy kocił miał w głowie. Szedł już do dormitorium, kiedy zobaczył Vikki rozmawiającą z wysokim, całkiem przystojnym 7klasistą. „Czas leczy rany, ale żeby tak szybko? No i weź tu brachu zrozum kobietę” – pomyślał. Victorie śmiała się na cały głos. Pomyślał o niej tak jak Kathy – pusta blondi. Mijając ich rzucił szybkie „Cześć”, na które Vikki nawet nie raczyła odpowiedzieć, wbiegł po schodach i skoczył na dywan pod którym była dziura (przejście do dormitorium) i krzyknął „Żryjcie kwachy”, po czym stał po drugiej stronie ściany.
Nie wiedział co go bardziej męczy : to, że jest druga osoba „do pary”, czy to, że nic nie wie o krzyżu runicznym.
Postanowił, że jeszcze raz przeczyta (tym razem bardzo dokładnie) rozdział  „ Wody królewskie według Libaviusa” w księdze Gad, ale tera zamierzał porządnie się wyspać, w końcu od tego jest weekend.

sobota, 26 października 2013

3. Jedynka

Teddy wstał bardzo wcześnie i podszedł do okna. Błonie były skąpane we wschodzącym słońcu, ptaki latały nad Bijącą Wierzbą, która lekko się kołysała, a gdzieś w oddali majaczyła sylwetka Hagrida.
Ubrawszy się, wziął do ręki Księgę Gads i wyszedł z dormitorium. W pokoju wspólnym nie było nikogo, ale nie trzeba się temu dziwić - wstawanie o piątej nie należało do nawyków uczniów z Hogwartu.
Pokój wspólny był owalny, z dwóch stron znajdowały się kominki, fioletowe fotele, a obok stały duże stoliki. Przy ścianach znajdowały się szafy z różnymi lekkimi książkami na jesienne wieczory, których używał tylko Teddy.
Lupin zszedł przez schodki w dół i skoczył w przepaść, krzycząc „ Cynowy kociołek” – czyli hasło Puchonów. Jeśli hasło jest niepoprawne, ciemna otchłań wyrzuca ucznia z powrotem do pokoju wspólnego.
Hasło Teddy’ego było jednak poprawne, gdyż chłopaka wyrzuciło na drugą stronę. Wszystkie ściany w pobliżu przejścia do Skrzydła Borsuków, zostały zaczarowane i mimo że wyglądały normalnie były bardzo miękkie i elastyczne, dzięki czemu uczniowie nie obijali się o nie, gdy wylatywali z dziury.
Ruszył przed siebie do wschodniej wieży, gdzie znajdowało się miejsce, nazywane „Widokówką". Ściany zostały zaczarowane i zmienione w okna, przez co ten kto się tam znajdował miał wspaniały widok na okolicę.
Idąc starał się zachowywać jak najciszej, nie chciał bowiem wpaść na starego Filcha, który mimo swego wieku, miał doskonały słuch i mógł usłyszeć każdy hałas z odległości kilkuset metrów, a poza tym miał swoją bardzo starą, durną kotkę, która kochała węszyć.
Gdy w końcu dotarł na Wieżę Wschodnią, szybko znalazł się na „Widokówce”. Chciał usiąść tam gdzie zwykle, przy starym posągu nimfy wodnej, lecz okazało się, że to miejsce zostało zajęte przez kogoś innego.
-Lyla… Co ty tu robisz? – zapytał zaskoczony.
Lyla podniosła wzrok ze starej księgi, odłożyła pióro i spojrzała na niego z dziwnym błyskiem w oczach.
-A co TY tu robisz, Tedzie Lupinie?
-Czy mogłabyś w końcu przestać tak do mnie mówić?
Lupin jednak zrozumiał, że mógł ją urazić, więc powiedział :
-Przepraszam, ja nie chciałem…
-Nie szkodzi… Przyszedłeś czytać, czy podziwiać ?- zapytała Lyla.
-Właściwie… – Ted schował Księgę Gads do tylnej kieszeni. – podziwiać.
Lyla uśmiechnęła się i przesunęła  lekko w prawo tak, że Teddy mógł usiąść obok niej. Odgarnęła włosy i Teddy’emu rzucił się w oczy znak na jej szyi, o który zapytał w pociągu.
Lyla poczuła wzrok na swojej szyi, więc szybko zasłoniła ją golfem.
-Gdzieś już widziałem ten znak…-mruknął pod nosem.
-O czym ty mówisz ?- zapytała udając głupią.
-O tym tajemniczym znaku na twojej szyi.
-Gdzie go wcześniej widziałeś ? – wydała się być bardzo zaciekawiona, tym co powiedział Teddy.
-Powiem ci… jeśli powiesz mi co on oznacza.
Lyla lekko się zezłościła, zmarszczyła brwi i spojrzała w stronę swojej książki.
-To sekret.
-Dobrze, więc nie dowiesz się gdzie go już widziałem…- zaczął Teddy świetnie się z nią drocząc.
Lyla wściekła się lekko, lecz w końcu powiedziała:
-Krąg Sześciu.
-Co?- zapytał dosyć głupio chłopak.
-Pytałeś co oznacza ten znak, więc ci odpowiedziałam. Teraz liczę na to, że ty wywiążesz się ze swojej obietnicy.
Ted wpadł, nie wiedział co ma powiedzieć. Nie słyszał nigdy o czymś takim jak Krąg Sześciu, wiedział także że nie może zdradzić Lyli gdzie widział znak- to był jego sekret.
-Widziałem go w książce.
-Jakiej…książce? – zapytała.
-Powiedziałem gdzie go widziałem, nie pamiętam w jakiej dokładnie… Tak czy inaczej wywiązałem się z obietnicy.
-Kłamiesz.
-Może…
Lyla podniosła swoje rzeczy i wstała. Teddy wstał za nią.
-Nie rozmawiam z kłamcami – powiedziała lekkim głosem.
Z uśmiechem na twarzy, który wcale nie ukazywał tego, że czuła się oszukana, wyszła z „Widokówki”.
Ted zanotował sobie w pamięci : nie próbować droczyć się z dziewczyną, sprawdzić co to jest Krąg Sześciu.
    

Victoire Weasley znana była z tego... że była znana. Ciężko było wytłumaczyć, dlaczego tak wielu ludzi chce się z nią przyjaźnić. W Hogwarcie panowała pewna hierarchia wartości i mimo że Victoire była dopiero w piątej klasie, znajdowała się na jej szczycie. 
Nie było chyba dziewczyny, która nie chciałaby się z nią przyjaźnić. No może oprócz niektórych jej kuzynek, ale każdy wiedział, że z rodziną to są inne sprawy. 
Tak czy inaczej, młoda gwiazda uwielbiała ściągać innych uwagę swoją nieprzyzwoitą urodą, a kto by pytał dokładniej : Victoire uwielbiała ściągać uwagę męskiej części Hogwartu. 
Chodziła z Griffinsem, a on był siódmoklasistą. Pod koniec czwartej klasy zaliczyła krótki związek z Davidem Freyem z szóstej klasy, który był jednym z najprzystojniejszych uczniów w Hogwarcie. 
To nie tak, że każdy kto chciał mógł ją mieć. To ona miała każdego, którego chciała. 
Weasley nie starała się tego jednak zbytnio wykorzystać : na ogół uważała, że chłopcy są nudni i głupi. Niedorośli do związków, więc dlaczego miałaby tracić na nich czas? Oglądała się za nimi dla zasady, rzadko kiedy ktoś naprawdę zwracał jej uwagę. 
Najlepszymi przyjaciółmi naszej słodkiej Vikky był Henry Wood, który od zawsze był gdzieś blisko i ... no cóż często dawał jej ściągać ze swoich wypracowań i Lydia Lerman, która miała długie ciemne włosy, piękną dziecięcą buźkę i była na tyle bystra, by się Vikky nie uprzykrzać. Poza tym, Victoire z zasady nie zadawała się z ludźmi, którzy byli od niej wyżsi, co oznacza, że jej grono znajomych było tylko pozornie wielkie.
Nowy rok rozpoczął się dla naszej Weasleyówny nieciekawie. Już zwykły przejazd pociągiem był dla niej koszmarny, przez niejakiego Teda Lupina i tą całą ... Lylę. Potem jej ukochany frère  został przydzielony do Huffelpufu i bach! Ted Lupin naśmiewający się z niej, gdy prosiła go o pomoc. 
On tak bardzo ją irytował - dla innych był po prostu starszym dzieciakiem, sierotą, często zamyślony i cichy, roznosił wokół siebie aurę tajemniczości, ale dla niej zawsze pokazywał swoje prawdziwe oblicze. Miał o sobie, Bóg wie jak wielkie mniemanie, co bardzo ją denerwowało.
Zawsze, ale to zawsze, patrzył na nich jak na głupiutkich francuzików, ale tak naprawdę nic o nich nie wiedział. Victoire nienawidziła, kiedy ktoś uważał się za lepszego od niej. A Teddy Lupin tak właśnie się zachowywał.

***

Teddy usiadł obok Olivera i Nicolasa.
-No wreszcie ! Gdzie się podziewałeś ? Szukałem cię! -zawołał Scott, zajmując się swoim tostem.
-Byłem na „Widokówce”…
-Po co? Czyżby…- tu ściszył ton głosu i prawie niedosłyszalnie szepnął- to miało coś wspólnego z dziwadłem ?
-Nie nazywaj jej tak ! – warknął Teddy.
-Zgadłem ! -zaśmiał się Oliver.
Profesor James Hook rozdawał uczniom plany lekcji. Hook był opiekunem domu Puchonów, był młodym, wysokim mężczyzną, o wyjątkowo niebieskich oczach, lekko wysuniętej szczęce i kilkoma bliznami na szyi. Do Hogwartu dołączył, gdy Teddy był w trzeciej klasie, a profesor Flitwick nieoczekiwanie zmarł i MacGonagall szybko znalazła nowego nauczyciela. Hook był charakteryzowany jednym słowem „ spoko”. Tak uważała większość uczniów.
Jego lekcje były określane jako niezwykłe, często też zamiast ćwiczyć wiele rzeczy z teorii, przechodził ku uciesze uczniów, do praktyki, którą zawsze starał się umilić swoją pomocą.
Oliver aż jęknął, gdyż w poniedziałek mieli aż 2 lekcje Historii Magii z profesorem Binsem, nudnym duchem, który zawsze czytał swoje długie i równie nużące notatki, co zajmowało mu całą lekcję.
-Koszmar ! – warknął Oliver.- Dobrze, że potem mamy Zaklęcia… Ale następna jest Transmutacja, kolejny ciężki przedmiot.
To nie były przelewki, profesor MacGonagall zawsze była bardzo surowa i wymagająca, a jej lekcje zawsze wydawały się być ciężkie…
-No dobra a po obiedzie Wróżbiartwo !
Oliver kochał Wróżbiarstwo, ale nie bardzo dlatego, że miał do tego jakiś dar… Po prostu bardzo lubił zwierzęta, a lekcje z Firenzem były dla niego okazją do studiowania zachowania i cech centaurów. Firenzo zresztą bardzo go lubił, Olivier zawsze ochoczo przykładał się do lekcji, choć uważał że tak naprawdę przyszłość powinna być tajemnicą i nie wolno do niej zaglądać, ani z nią walczyć.
Po śniadaniu, szybko spakowali książki i poszli na historię magii.
Profesor Bins zajął się tematem drugiej wojny centuarów z XV wieku, co chłopcy przyjęli cichym jękiem i po chwili obaj spali smacznie na ławkach.
Nie dane było Teddy’emu spać długo, gdyż Kathy szturchnęła go w żebra i powiedziała:
-Teddy, nie chrap ! – zawołała.
Cała klasa odpowiedziała śmiechem, a Teddy zawstydzony wyprostował się na krześle. Wyjął Księgę Gads i zaczął czytać rozdział pod tytułem „ Wody królewskie według Libaviusa” . Tekst był bardzo długi, pełen niesamowicie skomplikowanych wyrażeń, przez co Teddy bardzo zniechęcił się do książki. Już miał ją zamykać kiedy zobaczył kilka cyfr nabazgranych na marginesie, ułożone były w kształt odwróconego krzyża.
6
5
2 1 3
4

Teddy nie bardzo rozumiał co oznaczał ten układ cyfr, zdziwił się także, gdyż wcześniej ich nie dostrzegł. Scott leżał twarzą na ławce, w klasie panowała jak zwykle senna atmosfera i nikt nie zwracał na niego uwagi.
Oprócz Lyli. Wpatrywała się na niego w ciszy i skupieniu, a Teddy czując niesamowitą nachalność tego spojrzenia odwrócił się od niej.
Jak to możliwe, że do tej pory jej nie znał ? Chodziła do równoległej klasy, ale była Krukonką…
W szkole rozbrzmiał dzwonek, Oliver podskoczył jak oparzony, a Ted szybko schował Księgę i wyszedł z klasy.
Dogoniła go Kathy.
-Czemu tak uciekłeś ?
-Co? Nie uciekłem…-zaczął Teddy lekko zmieszany.
-Och, nie ważne.
Teddy raptownie stanął przy oknie i patrzył gdzieś w dal korytarzu.
-Co ci ?- zapytała zaskoczona Kathy.
-Kto to ?
Kathy rozejrzała się dookoła i zobaczyła Victoire razem z jakimś wysokim brunetem, o masywnej posturze i  równych, białych zębach.
-To Mark Doninngton. Jest szukającym gryfonów. Żywa legenda ! Coś mi się wydaje, że kręci z naszą słodką Vikki – zakpiła Kathy.
Kathy i Oliver zgadzali się w jednym – nie lubili Victoire, tak jak zresztą i Teddy. Uważali ją za pustą, niemiłą blondie, o niewyparzonym języku i niesamowicie wkurzającym sposobie bycia.
Oczy Teddy’ego i Vikki spotkały się, lecz spłoszona dziewczyna szybko odwróciła wzrok. Mark złapał ją za dłoń i pociągnął za sobą coś do niej warcząc.
-On chodzi do 7 klasy… To totalny gbur… Ale jest przystojny, a jak widzę ona na to leci. – mówiła z irytacją w głosie Kathy.
Teddy odwrócił od nich wzrok i zobaczył Lylę, która stała niedaleko w cieniu korytarza , przekrzywiła lekko głowę i wskazała swój palec.
Nagle coś mocno zapiekło Teddy’ego i poczuł okropny ból.
-Ted? Co się dzieje? – zapytała zaskoczona i przerażona dziewczyna.
Teddy zacisnął pięści i zagryzł szczękę, czując że coś się dzieje z jego szyją. Poczuł, że spływa po niej krew i dotknął jej z prawej strony. Wyczuł niedużą ranę.
Pobiegł szybko do łazienki i dopadł lustra. Przejrzał się w nim i zobaczył małą jedynkę wyrytą w skórze na jego szyi.
Jedynkę…

niedziela, 20 października 2013

2. Tiara przydziela

Po kilku godzinach drogi, Express Hogwart w końcu zawitał na stacji w Hogsmeade. Gdy tylko wyszli z pociągu, od razu rzucił im się w oczy Hagrid, który stał z wielką lampą w dłoni i krzyczał "pirszoroczni, pirszoroczni do mnie".
-Cześć Hagrid ! – zawołał Ted.
-Cześć Teddy, miło cię widzieć chłopie!
Oczy Lupina powędrowały ku całkiem sporej plamie krwi na spodniach gajowego.
-Hagrid… Co ci się stało w nogę ?- zapytał ciekawy.
Ten zmieszał się lekko i zakrył nogę płaszczem.
-Ach nic takiego… Miałem przed waszym przyjazdem krótką wycieczkę do Zakazanego Lasu…nie chcesz wiedzieć, jak rozwścieczone centaury są niebezpieczne.
-A za co się tak wściekają? – zapytał Teddy.
Hagrid rzucił okiem na grupkę pierwszoroczniaków stojących przy nim i szepnął:
-Cuś mi się wydaje, że nie teraz mi wolno o tym z tobą gadać… Wpadnij na herbatkę !
-Jasne.
Razem z Oliverem, Nicholasem i Dominiciem ruszyli w drogę. Powozy toczyły się wąską dróżką przez ciemny las, czasami słychać było ciche pohukiwanie sowy, ale tak poza tym panowała cisza.
Wszyscy prócz Teddy’ego od razu zajęli się obgadywaniem planu zamknięcia kotki Filcha ( i przy okazji Filcha też ) w ukrytym pokoju na pierwszym piętrze.
Minęli wielką kamienną bramę i w końcu wjechali na tereny szkolne. Błonie były pogrążone w całkowitej ciemności, Zakazany Las wydawał się bardziej potężny i tajemniczy, a zamek był  jak zwykle skąpany w mgle.
Ted widział światełka w oknach, a jego myśli podążyły za ciepłymi kominkami, latającymi świeczkami i pyszną ucztą w Wielkiej Sali.
-Hej, Ted. Twoje włosy robią się żółte! - zawołał Nicholas.
Powozy zatrzymały się i uczniowie zaczęli z nich wyskakiwać spiesząc się do zamku.
W sali wejściowej jak zwykle paliło się mnóstwo pochodni, a kroki uczniów dudniły echem.
Jednak to Wielka Sala robiła największe wrażenie - cztery ogromne stoły dla poszczególnych domów i jeden stół nauczycielski, na którego środku siedziała dyrektor MacGonagall.
Nad stołami unosiły się świece, a sklepienie sali ukazywało piękne, czyste, nocne niebo.
Teddy zajął miejsce przy stole Huffelpufu i jak reszta zajął się rozmową z przyjaciółmi.
Profesor Valentine Greybenn, nauczycielka obrony przed czarną magią, weszła razem z pierwszoroczniakami do sali, niosąc Tiarę Przydziału.
Wśród dzieci, Ted zauważył Louisa- młodszego brata Victoire i Dominique- oraz Molly Weasley. Teddy był pewny, że trafią do Gryffindoru – Weasleyowie zawsze tam trafiają.
Gdyby miał jeszcze rudy kolor włosów, ta tradycja dopełniłaby się w stu procentach. 
Tiara wykonała swoją popisową pieśń, po czym profesor Greybenn powiedziała donośnym głosem:
-Przydzielę was teraz do domów, a nazywają się one : Gryffindor -tu aplauz od stołu Gryfonów- Huffelpuf – Puchoni zaczęli gwizdać i klaskać – Ravenclaw i Slytherin…
Profesor Greybenn wzięła do rąk listę i wyczytała pierwsze nazwisko…
Ted zniecierpliwiony czekał na Molly i Louisa, aż w końcu Greybenn powiedziała swoim jak zwykle miłym, lecz lekko znudzonym głosem :
-Molly Weasley !
Ułożyła jej Tiarę na głowie, a ta bez dłuższego zastanowienia krzyknęła:
-GRYFFINDOR !
Potem Greybenn wywołała Louisa. W tym wypadku Tiara leżała na jego głowie dość długo, a Teddy znieruchomiał w dziwnym napięciu.
-HUFFELPUF! -krzyknęła Tiara.
Lupin oniemiał ze zdziwienia. Zobaczył jak Louis zeskakuje ze stołka i ze zbolałą miną idzie w stronę stołu Puchonów.
Wszyscy bili mu brawo, a Teddy spojrzał w stronę Gryfonów. Akurat w tej samej chwili Victoire popatrzyła na niego. Była zła, lecz i zdziwiona. Zmarszczyła czoło i zacisnęła dziwnie pięści.
W przeciwieństwie do niej, niedaleko dalej siedząca Dominique wydawała nie robić sobie z tego żadnego problemu.
Teddy'emu sprawiło to cichą satysfakcję - za każdym razem gdy mała miss Victoire robiła się wściekła, sprawiało mu to niezłą radochę.  Nie zawsze wszystko musi iść po myśli małej wili i powinno w końcu to do niej dotrzeć. 
Ciężko powiedzieć, dlaczego Lupin tak bardzo jej nie lubił. Ujmijmy to dokładniej - nie lubił ani jej, ani jej piekielnego rodzeństwa.
Victoire była co prawda, małą, drobniutką blondyneczką, którą ktoś mógłby wziąć, o zgrozo, za słodką nastolatkę, ale jej złośliwość, pyszność i ta głupiutka pewność siebie, odstraszała Teda od początku.
Mała Weasleyówna miała świadomość, że gdy tylko idzie przez korytarz, cały zamek się za nią ogląda i bardzo ją to cieszyło. Zawsze starała się wykorzystać swoją jakże niezwykłą urodę do zyskania własnych celów.
A niechby któryś z tych półgłówków ją rzucił - to ona zostawiała chłopaków, zrywała związki i łamała serca, nigdy na odwrót. 
Profesor MacGonagall wstała i poprosiła o ciszę.
-Witam wszystkich, a szczególnie pierwszoroczniaków w nowym roku nauki w Hogwarcie! – jej zwykle surowa mina, zmieniła się w pogodą.- Zanim zaczniemy ucztę, chciałabym prosić was o odrobinę uwagi… W naszym gronie nauczycieli trochę się pozmieniało, bowiem profesor Slughorn odszedł na emeryturę, a jego miejsce obejmie profesor Howard Lewis. Natomiast pani Trelawney wyjechała na jakiś czas do Szpitala Świętego Munga, dla podratowania zdrowia, co oznacza, że Firenzo obejmuje wszystkie grupy nauczania wróżbiarstwa. Nowych uczniów pragnę poinformować, a starszym przypomnieć, że wstęp do Zakazanego Lasu jest surowo zabroniony… i ostrzegam was,- głos Minerwy nagle się zmienił, stał się bardziej poważny i tajemniczy- ostatnimi czasy nie warto pojawiać się nawet na obrzeżach lasu… Pokój jaki ustanowił szanownej pamięci dyrektor Dumbledore, został naruszony i zapewniam, że nikt nie chciałby dostrzec tego skutków, na własnej skórze.
Wszyscy wpatrywali się w profesor MacGonall uważnie, a złowroga atmosfera zapanowała na sali.
-Nie chciałam was jednak straszyć. Dopóki będziecie przestrzegać zasad, nikomu nic się nie stanie. Proszę także o wyrozumiałość dla pana Filcha i przypominam o liście rzeczy zakazanych, które wiszą na drzwiach jego gabinetu.A  teraz, ucztę czas zacząć !
Srebrne półmiski szybko zapełniły się jedzeniem, co zamroczyło mózgi większości uczniów. Ted jednak zapomniał jak bardzo był głodny, a jedzenie nie robiło na nim większego wrażenia.
Czyżby istoty leśne rozpoczęły wojnę ? Czy to właśnie dlatego Hagrid został zraniony w nogę? Dlaczego zawsze poukładana i wiecznie zorganizowana MacGonagall w końcu sobie z czymś nie radzi?
Te myśli zaprzątały jego głowę przez całą ucztę. Kiedy ktoś stara się naruszyć wieloletni pakt, musi to oznaczać nadchodzące niebezpieczeństwo.
-Co jest ? -zapytał Oliver.
-Nic, nic…
-No to wsuwaj ! -zaśmiał się Oliver.
Po uczcie Teddy wraz z Oliverem ruszyli do Skrzydła Borsuków, gdzie znajdował się ich pokój wspólny i dormitoria.
Jednak na drodze, nagle stanęła im Victoire. Odgarnęła swoje długie włosy z ramienia i przekrzywiła głowę. Mogła mieć z metr pięćdziesiąt wzrostu, co sprawiało, że patrzyli na nią jak na małe, zbłąkane dziecko.
-Czego chcesz blondi ? -zakpił Oliver.
-Niczego od ciebie – odpowiedziała złośliwie.- Lupin…możemy pogadać?
Teddy zdziwiony zdołał tylko kiwnąć głową. Odeszli na bok, mijając tłumy wychodzących uczniów z sali. Czego chce od niego ta harpia? Po jej minie, nie wróżył niczego dobrego. Oparł się nonszalancko i spojrzał na nią zaciekawiony.
-No więc…?
-Chcę żebyś zaopiekował się Louisem.
Teddy zdziwiony, zapytał:
-Czemu ? Nie poradzi sobie sam?
-No pewnie że sobie poradzi ! Przecież to Weasley ! – zaperzyła się.- Ale… no tak, martwię się o niego. Odkąd zachorował na tą dziwną mugolską chorobę, zmienił się. I boję się… że go nie zaakceptują, no wiesz inne dzieciaki. Poza tym, marzył by przydzielono go do Gryffindoru, a w zamian jest teraz w tym przeklętym Huffelpufie, co według mnie jest wielką pomyłką i może być mu ciężko. Skoro jesteście w tym samym domu, będziesz mógł mu jakoś pomóc…
Poprawiła swoje długie blond włosy.
-Źle zaczęłaś…
-Słucham?- warknęła i oblała się rumieńce.
Ted Lupin, ten dupek, pan " mów mi nieśmiały myśliciel", śmie poprawiać? To są chyba jakieś żarty.
-Zaczęłaś od „ CHCĘ żebyś zaopiekował się Louisem”. Dostrzeż swój błąd.
Ted wyminął ją z uśmiechem tryumfu. Szybka decyzja i Victoire ledwo dosłyszalnie mruknęła:
-Proszę, zaopiekuj się Louisem…
Teddy odwrócił się do niej. Widział ją teraz inną - zmartwioną, wręcz słabą, nie jak zwykle nadętą blondi o ciętym języku.
Kiwnął tylko głową i pobiegł za Oliverem.
W drodze zauważył Louisa, idącego z grupka pierwszoroczniaków za Kathy, prefektem Huffelpufu.
-Hej Louis, jak ci się podoba Hogwart ?- zapytał starając przybrać się wesoły, ciepły głos.
Udawanie to jedna z tych rzeczy, która przychodziła mu bardzo ciężko.
-W ogóle mi się nie podoba ! – warknął.- Nie chce być w tym koszmarnym, starym zamku!
No tak, grunt to dobre podejście.


sobota, 19 października 2013

1. Pokątna, Harley i Lyla Scamander




Od dnia wizyty u pana Pigeona minęło ponad dwa lata, Teddy zatrzymał Księgę Gads i po głębszej analizie, stwierdził, że oprócz niekonwencjonalnych sposobów na zadawanie bólu i niszczenie otoczenie, w Księdze nie ma nic więcej. Żadnych ukrytych słów, rysunków, nic…
Ted w głębi duszy oczekiwał czegoś więcej, jakby miał nadzieje że wraz z całą tajemniczą historią z panem Pigeonem coś wydarzy się w jego życiu. Spotkał się niestety z lekkim rozczarowaniem, co wcale nie podniosło go na duchu.
Był poniedziałkowy poranek, Teddy wybierał się na zakupy na Pokątną. Potrzebował nowych książek, kociołka i innych drobiazgów.
Wiedział, że ledwo wiążą koniec z końcem i krucho u nich z pieniędzmi, tym bardziej ciężko było mu prosić babcię o kilka galeonów.
Andromeda jednak nie traciła ducha i wiedząc, że oddaje wnuczkowi prawie wszystkie swoje pieniądze, nie dała po sobie poznać jak bardzo się martwi. To na nią spadł cały obowiązek i choć sama wychowywała kiedyś dzieci, było jej bardzo ciężko zrobić to ponownie. Dodajmy także, że charakter Teddy'ego nie był łatwy i nigdy nie można było się po nim niczego spodziewać, gdyż zawsze robił coś innego.
Fakt, iż wychowywał się bez rodziców na pewno sprawił, że stał się silniejszy, ale Andromeda nic nie mogła poradzić, że stał się niegrzeczny, czasami złośliwy czy cyniczny. W duchu wierzyła, że zachowuje się tak tylko po to, by ukryć swoje oblicze i wrażliwość, którą na pewno odziedziczył po takich rodzicach.
Teddy nie był też sam - chociaż jego rodzice umarli w walce, nie mógł się czuć prawdziwie samotny. Miał w końcu Potterów i rudawą rodzinkę Weasleyów, którzy zawsze byli gotowi by mu pomóc. Lupin jednak bardzo się wstydził swojej sytuacji i w żadnym wypadku nie prosił o pomoc, starając się samemu rozwiązać wszystkie problemy. To dało nadzieję Andromedzie, że gdy ona umrze, chłopak sobie poradzi. Czuła, że jest zbyt odporny na otaczające go zło.
Od tajemniczego spotkania z panem Gołębiem, wiele się zmieniło, ale przede wszystkim Andromeda zachorowała i większość czasu spędzała w łóżku.
Teddy z bolącym sercem zostawiał ją samą w domu, a kiedy zdał sobie sprawę, że za jakiś czas zniknie na kilka miesięcy, poczuł ogarniający go strach. Wiedział, że wujek Harry jej pomoże, ale gdyby zdarzyło jej się cokolwiek złego, nigdy nie mógłby się z tego pozbierać.
Chciał już wejść do kominka, gdy nagle wpadł na pomysł, pobiegł do pokoju i spakował do torby Księgę Gads.
-Uważaj na siebie ! – krzyknęła Andromeda.
Nie odpowiedział nic. Po litości nad własną osoba, kolejną rzeczą której nienawidził było zamartwianie się nad nim.
Będąc już na Pokątnej, Ted stanął przy sklepie z miotłami i patrzył chwilę z utęsknieniem na wystawę z nowymi Iskrami, modelami które dopiero weszły na sklepowe półki i które są obecnie najszybszymi miotłami na świecie. Wyobrażał sobie, jak szybuje na szkolnym boisku i nikt nie jest w stanie go dogonić. Każdy krzyczy jego imię, a on zapewnia swojej drużynie wygraną i ostaje w wielkiej sławie.
Nagle gdzieś z oddali usłyszał swoje imię i po chwili ktoś rzucił mu się w ramiona.
-Cześć Lily ! – zawołał.
-Hej, Teddy!
-Jesteś tu z rodzicami ? – zapytał Ted rozglądając się.
Lily złapała go za dłoń i poprowadziła w stronę sklepu Ollivandera.
-Z rodzicami ? Jesteśmy tu wszyscy, my, wujek Ron, choć nie bardzo wiem co on tutaj robi, ciocia Fluer i Bill razem z Vikki, Louisem i Dominique, wujek Percy z Audrey, Molly i Lucy !
Doszli pod wielki sklep Ollivandera, gdzie byli wszyscy, o których mówiła Lily.
James jak zwykle kłócił się z Albusem, Ginny i Harry rozmawiali z Percym, Billem i Fluer. Audrey poprawiała dla Lucy warkocz, a Molly stała na uboczu. Bardzo nie lubiła Victoire, Dominique i Louisa, zawsze uważała ich za „ bardzo, bardzo wrednych, tlenionych blondynów”.
Nie do końca wiadomo, o co tak dokładnie pokłóciła się kiedyś z Victoire, ale skutkuje to dożywotnią obrazą.
Poza tym, w ich rodzinie często dochodziło do spięć. Molly nie znosiła dzieci Billa i Fleur zapewne ze względu na urodę, ale też i tą ogromną dumę bez której nie ruszali się z domu.
-Spójrzcie kogo spotkałam ! – zawołała uradowana Lily.
Wszystkie oczy zwróciły się ku Teddy’emu i zaczęły się pytania, o niego, o babcie, o dom…
-Czekamy właśnie na Rona, niesie pieniądze z Gringotta. Dzisiaj wielki dzień ! Pierwsza różdżka Jamesa ! – powiedziała uradowana Ginny spoglądając na Jamesa, który właśnie wiązał sznurówki u butów Hugo tak, że gdy chłopiec chciał zrobić krok wywalił się jak długi na ziemię.
Chłopcy zaczęli się bić, na co Ginny krzyknęła:
-Jeśli zaraz nie skończysz James, nie będzie żadnego zwierzątka !
-Mamo, ale obiecałaś mi tą fajną jaszczurkę ! – jęknął James.
-Prawda, obiecałam. Ale to nie jest Wieczysta Przysięga, więc mogę ją łatwo złamać! Puść brata !
Wujek Ron podszedł pod nich z woreczkami galeonów.
-No dobrze, to jest twoje Harry – wręczył mu nieduży worek pieniędzy. – To twój Bill, Percy łap ! Ach i to dla mnie… Teddy, cześć chłopie ! Czemu nic wcześniej nie mówiłeś, że wybierasz się na zakupy ?
Ted wymienił uścisk dłoni z Ronem. Był on w pewnym sensie bohaterem rodziny. Nikt nie wspominał zdarzeń Wygranej Wojny ani tego co było wcześniej, ale każdy wiedział co zrobił Ron wraz z Harrym i Hermioną i robiło to na nich ciche wrażenie. Dzieci kiedyś cały czas nalegały na opowieści, Teddy dokładnie pamięta ten wieczór w domku w Dolnie Godryka. Ogień trzaskał przyjemnie w kominku, wszyscy usiedli dookoła niego, a wujek Ron rozpoczął swoją długą i emocjonującą opowieść. To właśnie wtedy zdobył w oczach Teda szacunek.
-Jakoś tak wyszło…
-No dobra banda, idziemy po te różdżki ?
-Myślę, że pan Ollivander dostanie zawału jeśli nagle pojawi się w jego sklepie tyle osób naraz.
-Tak… Bill ja pójdę z dziewczynkami po nowe szaty do Madame Malkin, ty kup Louisowi różdżkę. – powiedziała Fluer do męża.
Fleur mówiła już bardzo dobrym angielskim, chociaż wciąż pozostał jej ten śmieszny, francuski akcent, który Molly często przedrzeźniała.
-My z Lucy pójdziemy po nowe kociołki dla Molly.
-Dobrze, więc za pół godziny wszyscy w księgarni Esy- Floresy ! – zarządził Harry.
Wszyscy powoli zaczęli się rozchodzić.
-Teddy, może chcesz pójść z nami ? – zapytał Bill.
-Och, nie dziękuję, mam ważną sprawę do załatwienia… Będę za pół godziny w Esach i Floresach !
Teddy spojrzał na Victoire, która nie spuszczała z niego wzroku. Była ubrana w eleganckie ubrania, a jej długie blond włosy sięgały jej pasa. Jedyna z rodziny miała jasne błękitne oczy, od których ciężko było się oderwać. I piekielny charakter, którego nikt jej nie zazdrościł.
Obok niej stała Dominique, która miała krótkie nastroszone blond włosy, ubrana była w dżinsy i T-shirt z wokalistą Fatalnych Jędz. Louis w bereciku i modnym garniturze, wydawał się być stu procentowym francuzikiem. Był najmłodszy z nich wszystkich i w tym roku miał iść do Hogwartu po raz pierwszy.
Ted rzucił im chłodne spojrzenie i poszedł w stronę sklepu z kociołkami i gdy upewnił się, że nikt na niego nie patrzy, skręcił na ulice Śmiertelnego Nokturna.
Dookoła stało dużo podejrzanych typów, jakaś stara czarownica w kapturze szeptała coś do siebie, a inny wysoki mężczyzna bez zębów próbował wcisnąć Teddy’emu jakieś podejrzane fiolki.
-Nie, dziękuje ! – warknął trzeci raz do ów mężczyzny, który szedł za nim.
Przeszedł pośpiesznie przez wąską uliczkę i stanął na ulicy głównej. Rozejrzał się, ludzi było może trochę mniej niż na Pokątnej, ale zadziwiało go, że jednak jest ich tak dużo.
Łypali na niego groźnie i sam Ted czuł się nieswojo i nie na miejscu. Złapał mocno rączkę torby i wszedł do sklepu „Księgi i Książki Harleya”.
Gdy otwierał drzwi, dzwonek cicho zadzwonił , a niski sprzedawca od razu pojawił się za ladą. Ted rozejrzał się: dookoła było mnóstwo książek, wielkie szafy, a przez zasłonkę chłopak zauważył  zaplecze, w którym także stały potężne regały z książkami. Było tam ponuro i tajemniczo, czuć było stęchlizną i pleśnią. Ciepłe powietrze i mnóstwo kurzu leżącego na książkach, utrudniały Lupinowi oddychanie.
Sprzedawca miał na sobie ciemną szatę, a na głowie zostały mu ledwo strzępki rudych włosów. Był nieogolony, brakowało mu kilku zębów i co najbardziej zaciekawiło, ale i zniesmaczyło Teddy’ego było jego oko, które w ogóle się nie ruszało i ciągle wpatrywało się w jeden punkt.
-Dzień dobry ! – powiedział sprzedawca z fałszywą serdecznością.
Ted kiwnął głową i podszedł do lady.
-Chciałbym coś sprzedać…-zaczął cicho i niepewnie chłopak.
Teddy’emu nie chodziło tylko o sprzedaż … Miał nadzieję, że sprzedawca powie coś więcej na temat Księgi Gads, w końcu chyba się na tym zna.
-Nic nie kupuję, ja tylko sprzedaje. Jeśli masz jakieś czarnomagiczne barachło za pazuchą, to lepiej idź do Bergina i Berksa. – odpowiedział skrzeczącym głosem Harley.
-To książka…
-Nic mnie to nie obchodzi, paniczu. Pomyliłeś sklep… i ulicę też.
Ted nie słuchał już go tylko wyjął Księgę Gads i położył na ladę.
-Myślę, że to pana zainteresuje…
Mężczyzna wziął Księgę Gads, zaczął ją obracać w dłoniach i szeptać coś do siebie. Delikatnie przejechał palcami po złotym znaczku z wyrytymi literami KG na okładce. Jego reakcja nasunęła Teddy'emu jedną myśl : on musi coś wiedzieć.
-Ciekawe…Tyle lat…
-Widział pan już kiedyś tą Księgę ?- zapytał ostrożnie Ted.
 Mężczyzna westchnął i przejechał ręką po ostatkach włosów. Podniósł wzrok i lekko się uśmiechnął, co wyglądało obrzydliwie i przerażająco.
-No tak, słyszałem o niej wiele i nawet raz zdarzyło mi się ją zobaczyć. To niewiarygodne, że jest teraz w moich rękach. Ostatnia z serii Czarnych Ksiąg, piąty tom, unikat…
-Co jest w niej takie ciekawe ?
Sprzedawca zmieszał się i odchrząknął.
-Dla ciebie chłopcze prawdopodobnie nic, ale dla ludzi którzy zgłębiają tajniki czarnej magii… jest czymś bardzo cennym. – widać było że Harley coś kręci, w każdym razie nie wyznał Teddy’emu całej prawdy.
Jego spojrzenie znów powróciło do księgi, a oddech zrobił się ciężki. Wyczuwał drzemiącą w niej magię i ciężar jej wiedzy.
Harley chciał otworzyć Księgę, lecz stało się coś niezwykłego. Wszystkie kartki posklejały się ze sobą, co wprowadziło sprzedawce w niezdrową ekscytację, ale też i złość.
Wziął do ręki różdżkę i spróbował przyłożyć ją do Księgi, gdy ta otworzyła się i niczym tygrys z wielką paszczą ugryzła Harleya papierowymi zębami. Co ciekawe na rękach mężczyzny pojawiły się wąskie rany obficie ociekające krwią.
-Tak się nie zachowuje prawdziwa Księga Gads… To jakiś nędzny duplikat ! Nigdy o czymś takim nie słyszałem ! – Harley był wściekły i patrzył na nią zawzięcie.
Księga Gads, jakby urażona tymi słowami spadła mężczyźnie na nogę, a on odskoczył i począł krzyczeć jakby półtonowy blok zwalił mu się na stopę.
-Czy to ma być jakiś żart? -zawołał.
-Nie, przepraszam ja nie wiem jak to się stało.
-Wynocha stąd ! Ale już !
Wściekły Harley wstał, był czerwony jak burak i żyła na szyi niebezpiecznie mu pulsowała.
-Spróbuj mi się jeszcze raz tu pokazać, a pokaże ci czemu ta ulica nazywa się ŚMIERTERLNYM Nokturnem !
Teddy podniósł Księgę, wybiegł szybko ze sklepu i pędził z całych sił na Ulicę Pokątną. Spojrzał na zegarek, no tak już czas żeby się spotkać w księgarni.
Wszedł pośpiesznie przez drzwi trącając łokciem kilka osób, po czym starał się uspokoić siebie i swój oddech.
Po raz pierwszy Księga Gads pokazała swoje inne oblicze. Zobaczył moc jaka w niej drzemie i okazało się, że naprawdę… otwiera się tylko dla Teddy’ego.
Jak mógł być tak głupi, żeby chcieć ją sprzedać ? Kopnął z wściekłością o ścianę. Kilka czarownic odwróciło się i popatrzyło na Teddy’ego pobłażliwym wzrokiem.
Chciałem to zrobić dla babci… Ale popełniłem błąd ! W końcu ten sprzedawca dowie się, że to jednak nie był duplikat ! I co wtedy? Czy będzie mnie szukał ? Jak bardzo chciałbym cofnąć czas… Czemu nie uwierzyłem panu Pigeonowi ?”- z takimi myślami Teddy bił się przez dobrą chwilę, gdy nagle Weasleyówna pojawiła się obok niego.
-Coś się stało ? -spytała Dominique, która stała przy książkach z kategorii Zielarstwo. – Źle się czujesz ? Jakoś dziwnie wyglądasz…
-Nie, nie…
-Spójrz Domi, znalazłam ci tą książkę ! – zawołała Lily podbiegając pod nią.
-A gdzie jest Victoire? Wszędzie jej szukam…- zapytała Dominique.
-Nie wiem, ostatnio ją widziałam przy wejściu do księgarni… Och Teddy, już jesteś ! Jakie książki kupujesz ? – Lily wykazywała się być skora do pomocy.
Nagle z tłumu ludzi pojawiła się Victoire.
-Vikki, gdzie byłaś ? – zawołała zaskoczona Dominique. – Spójrz mam już wszystkie książki dla ciebie.
-Och, eee… zgubiłam gdzieś swoją listę z Hogwartu.- zaczęła niepewnie Victroire.
-Przecież ja ją mam ! – zaśmiała się Dominique.
-No właśnie, a ja myślałam, że gdzieś ją podziałam! Mogłaś mi coś powiedzieć ! - Victoire zaczęła się awanturować.
-No jasne, a ty masz coś tam jeszcze w tej głowie ?
Nagle Teddy zauważył rozdarte spodnie w okolicy kolana i niedużą ranę. Spojrzał na Victoire, ale ta tylko uniosła dumnie brodę.
 -Co ci się stało w nogę ? -zapytał Teddy.
Victoire zarumieniła się i spojrzała na spodnie.
-Zaczepiłam się o gwóźdź wystający w jednej z szafek.
Dominique uniosła brwi i powiedziała stanowczo:
-Sierotą to trzeba się urodzić.


Był pierwszy września, słońce powoli wschodziło i w Telford stopniowo świat budził się do życia.
Cóż może być bardziej ekscytującego i pięknego od powrotu do domu? Teddy schodził po schodach z zapakowaną torbą, z uśmiechem na twarzy, czując, że entuzjazm nie prędko go opuści.
Babcia odprowadziła go na King’s Cross i bez większych wzruszeń pożegnała się z nim przy peronie 9 i 3/4.
-Uważaj na siebie i proszę… zostaw tę Księgę w spokoju !
Od jakiegoś czasu bowiem Teddy nie dawał za wygraną i często zaglądał do Księgi Gads, która jak na złość, po prostu ukrywała przed nim swoje tajemnice.
Pocałował Andromede w policzek i przebiegł przez barierkę peronu 9 i 3/4 .
Przed sobą ujrzał obrazek, który tak bardzo pokochał- Express Hogwart, buchająca para, pełno uczniów, klatki z sowami i kufry…
Od razu zauważył swojego przyjaciela, Olivera Scotta, który stał przy pociągu rozmawiając z grupką Puchonów. Teddy wymierzył mu kuksańca, a rozpromieniona twarz Olivera, zwróciła się ku niemu.
-Najprawdziwszy przyjaciel jest jeden i to na całe życie- pomyślał kiedyś Teddy.
Te słowa dotyczyły Olivera, który od pierwszego roku w Hogwarcie dzielnie towarzyszył chłopakowi.
Scott, jak również czasem wołali na niego znajomi, był chłopakiem wesołym, pozytywnie nastawionym do życia, mimo swoich problemów rodzinnych, zawsze starał się być pogodny.
To może tak imponowało Teddy’emu, bo gdy on żył w świecie uczuć i myśli, a jego wybitny intelekt sprawiał, że stawał się sławny, Oliverowi nie potrzebne były wybitne stopnie do osiągnięcia grupki przyjaciół i fanów. Przyciągał innych jak magnes, a oni po prostu dobrze czuli się ze Scottem w grupie.
Z Oliverem, Teddy dzieli dużo wspomnień i przygód. Często ze śmiechem wspomina, jak to w drugiej klasie zamienili buty Briana Rovella na „Stepujące Trzewiki” kupione w sklepie Weasleyów. Buty miały magiczną moc, przez co Brian, nie zauważywszy różnicy, założył je i nie mógł zdjąć. Na dodatek przez cały czas stepował.
Wymykając się od wspomnień Teddy’ego, wróćmy do peronu 9 i 3/4.
-Cześć Teddy ! -zawołał uradowany Oliver.
-Hej, miło mi cię widzieć, stary…
Obok Scotta stało czterech innych Puchonów, w tym jedna bardzo ładna i bardzo lubiana Puchonka – Kathy Clover.
Dominic Handle, Nicolas Smertly i Frank Smith, mieszkali razem z Teddym i Scottem w pokoju, często też tworzyli z Oliverem paczkę.
-Jak ci minęły wakacje? -zapytała Kathy.
-Szczerze mówiąc, myślałem, że zanudzę się na śmierć.
-Przepraszam stary, chciałem się z tobą spotkać i zaprosić cię do nas nad jezioro, ale nagle rodzice wpadli na genialny pomysł i zadzwonili tym…no… tefl…telgf… teftelonem czy czymś takim do mojej mugolskiej ciotki z Birmingham i zaprosili ją na wakacje!
-I jak było? – zapytał ciekawy Dominic.
-Koszmarnie, wariatka przywiozła ze sobą komputer… tak?… i cały czas na nim siedziała… Na uszach miała jakieś dziwne słuchawki i cały czas ten telefton jej pikał i dzwonił !
Wszyscy zaśmiali się wesoło, po czym weszli do pociągu, szukając sobie miejsca.
Było już późno, więc prawie każdy przedział był zajęty, w końcu Dominic z Nicolasem usiedli w jednym przedziale z jakimiś Krukonami, a Teddy, Oliver i Kathy dosiedli się do przedziału gdzie siedziała jakaś nieznana Teddy’emu dziewczyna.
-Cześć…-zaczęła niepewnie Kathy.- Możemy się dosiąść?
Dziewczyna podniosła tylko wzrok zza podartej, starej książki i prawie niezauważalnie kiwnęła głową.
Teddy pomógł Kathy postawić kufer, swój także postawił, po czym usiadł z przyjaciółmi po jednej stronie przedziału.
Nagle do przedziału wpadła zdyszana Victoire, ciągnąca swój wielki różowy kufer.
-Uff… Ledwo zdążyłam przed odjazdem. I jeszcze ten kufer…
Wszyscy patrzyli na nią jak na niechcianego gościa. Vikky jednak zupełnie ich ignorowała, chociaż w głębi serca również nie cieszyła się z takiego towarzystwa. Mogła teraz siedzieć ze swoimi przyjaciółmi, a nie z tą bandą oferm.
Teddy wstał i pomógł, ku jej zdziwieniu, wsadzić kufer na półkę.
-Eee…Jak się nazywasz?- zaczęła Kathy, spoglądając na nieznaną towarzyszkę.
Dziewczyna odgarnęła swoje czarne włosy i odłożyła książkę. Dopiero wtedy Teddy zauważył jak dziwnie wygląda. Miała na sobie podarte ciemne dżinsy, koszulkę z jakimiś dziwnymi istotami, a na rękach miała pełno koralików i innych bransoletek. Włosy, ciemne i długie opadały jej w nieładzie na ramiona. Ted zauważył że na szyi ma wytatuowany lub narysowany jakiś dziwny znak.
-Jestem Lyla Scamander...- powiedziała powoli, jakby sama się nad tym zastanawiała.
Teddy’emu od razu zdawało się, że skądś poznaje wszystkie ruchy, sposób mówienia i ten dziwaczny styl dziewczyny- była to córka Luny Lovegood- Scamender, przyjaciółki Harry’ego ze szkoły. Lupin widział matkę Lyly kilka razy w życiu, raz w Ministerstwie na gali Auror Roku, gdzie przyszła by wspierać Harry’ego i wujka Rona, kolejny raz widział ją w Doolin, gdzie byli z Weasleyami na wakacjach, a ona razem z mężem próbowała złapać rzadki okaz Kiełka Achilli.
Te same wyłupiaste oczy, błędny wzrok, sposób bycia… Tylko włosy miała po ojcu.
Kathy przedstawiła każdego po kolei, wzrok Lyly obojętny, zatrzymał się tylko na Teddym.
-Jesteś synem chrzestnym Harry’ego Pottera?- zapytała dziewczyna.
-Tak…
-A więc, wiem kim jesteś Teddy Lupinie. Słyszałam o twoich rodzicach… Przykro mi. Moja matka też walczyła w bitwie o Hogwart.
Teddy nie do końca wiedział co ma powiedzieć, więc tylko kiwnął głową. Nie lubił kiedy ktoś wracał do tematu jego rodziców, a wszyscy nauczyli się już, że nie należy do tego tematu wracać. Lyla jednak nie znała tych zasad i nie robiło jej to problemu.
-Kim są twoi rodzice ? -zapytał Oliver.
-Są odkrywcami – odpowiedziała dumnie unosząc brodę.
-Pracują dla Żonglera, nieprawdaż? -zapytała kpiącym głosem Vikki.
-Nie… Czasami tylko piszą jakieś artykuły, to mój dziadek zajmuje się Żonglerem. Moi rodzice są odkrywcami.
-Tak? A co takiego odkryli?- zapytała sceptycznie Victoire. – Słyszałam, że sądowali się z Wizengamotem, by dodać jakiegoś Chrapaka do listy magicznych stworzeń Anglii, ale nikt się nie zgodził. Na koniec którejś z rozprawy sędziemu coś się pomieszało i uznano, że to twoi rodzice są za to odpowiedzialni.
-Ale oddalono te zarzuty, gdyż odkryto, że pana Paverly zaatakowało stado Gnębiwtrysków ! – zawołała Lyla i zaśmiała się wesoło.
-Och, doprawdy ty i twoja rodzina jesteście tacy zabawni- zakpiła Victoire. - Szkoda tylko, że nie macie do końca poukładane w głowach.
Lyla wzięła do rąk swoją książkę i wyszła z przedziału.
-Jak możesz być taka złośliwa Victoire ? -warknął Teddy.
-Co ? Ja po prostu… Przecież wiecie, że to wszystko o czym ona mówi to brednie !
-Może sobie w końcu wbijesz do tej pustej główki, że to idiotyczne by tak pomiatać ludźmi.
Zdenerwowany wyszedł z przedziału. Od razu zauważył córkę Luny - stała przy oknie, na korytarzu i wpatrywała się w krajobrazy zza okna.
-Lyla…-zaczął Teddy.
-Nie musisz nic mówić, Teddy. Nie potrzebuje pustych słów…
Teddy stanął obok niej.
-Nie przejmuj się Victoire, ona już taka jest.
Lyla spojrzała się na niego dziwnym wzrokiem, bardziej poważnym niż zwykle.
-Jesteś inny, Tedzie Lupinie.
-Mam to uznać za komplement ? – zaśmiał się chłopak.
-Tak i to najlepszy ze wszystkich.
-Mogę cię jeszcze o coś zapytać ?
Lyla popatrzyła na niego swym błędnym spojrzeniem i lekko kiwnęła głową, zgadzając się.
-No więc… chciałem cię zapytać…Wiem, że to nie moja sprawa, ale… Co to za znak na twojej szyi?
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko i uciekła bez słowa