sobota, 19 października 2013

1. Pokątna, Harley i Lyla Scamander




Od dnia wizyty u pana Pigeona minęło ponad dwa lata, Teddy zatrzymał Księgę Gads i po głębszej analizie, stwierdził, że oprócz niekonwencjonalnych sposobów na zadawanie bólu i niszczenie otoczenie, w Księdze nie ma nic więcej. Żadnych ukrytych słów, rysunków, nic…
Ted w głębi duszy oczekiwał czegoś więcej, jakby miał nadzieje że wraz z całą tajemniczą historią z panem Pigeonem coś wydarzy się w jego życiu. Spotkał się niestety z lekkim rozczarowaniem, co wcale nie podniosło go na duchu.
Był poniedziałkowy poranek, Teddy wybierał się na zakupy na Pokątną. Potrzebował nowych książek, kociołka i innych drobiazgów.
Wiedział, że ledwo wiążą koniec z końcem i krucho u nich z pieniędzmi, tym bardziej ciężko było mu prosić babcię o kilka galeonów.
Andromeda jednak nie traciła ducha i wiedząc, że oddaje wnuczkowi prawie wszystkie swoje pieniądze, nie dała po sobie poznać jak bardzo się martwi. To na nią spadł cały obowiązek i choć sama wychowywała kiedyś dzieci, było jej bardzo ciężko zrobić to ponownie. Dodajmy także, że charakter Teddy'ego nie był łatwy i nigdy nie można było się po nim niczego spodziewać, gdyż zawsze robił coś innego.
Fakt, iż wychowywał się bez rodziców na pewno sprawił, że stał się silniejszy, ale Andromeda nic nie mogła poradzić, że stał się niegrzeczny, czasami złośliwy czy cyniczny. W duchu wierzyła, że zachowuje się tak tylko po to, by ukryć swoje oblicze i wrażliwość, którą na pewno odziedziczył po takich rodzicach.
Teddy nie był też sam - chociaż jego rodzice umarli w walce, nie mógł się czuć prawdziwie samotny. Miał w końcu Potterów i rudawą rodzinkę Weasleyów, którzy zawsze byli gotowi by mu pomóc. Lupin jednak bardzo się wstydził swojej sytuacji i w żadnym wypadku nie prosił o pomoc, starając się samemu rozwiązać wszystkie problemy. To dało nadzieję Andromedzie, że gdy ona umrze, chłopak sobie poradzi. Czuła, że jest zbyt odporny na otaczające go zło.
Od tajemniczego spotkania z panem Gołębiem, wiele się zmieniło, ale przede wszystkim Andromeda zachorowała i większość czasu spędzała w łóżku.
Teddy z bolącym sercem zostawiał ją samą w domu, a kiedy zdał sobie sprawę, że za jakiś czas zniknie na kilka miesięcy, poczuł ogarniający go strach. Wiedział, że wujek Harry jej pomoże, ale gdyby zdarzyło jej się cokolwiek złego, nigdy nie mógłby się z tego pozbierać.
Chciał już wejść do kominka, gdy nagle wpadł na pomysł, pobiegł do pokoju i spakował do torby Księgę Gads.
-Uważaj na siebie ! – krzyknęła Andromeda.
Nie odpowiedział nic. Po litości nad własną osoba, kolejną rzeczą której nienawidził było zamartwianie się nad nim.
Będąc już na Pokątnej, Ted stanął przy sklepie z miotłami i patrzył chwilę z utęsknieniem na wystawę z nowymi Iskrami, modelami które dopiero weszły na sklepowe półki i które są obecnie najszybszymi miotłami na świecie. Wyobrażał sobie, jak szybuje na szkolnym boisku i nikt nie jest w stanie go dogonić. Każdy krzyczy jego imię, a on zapewnia swojej drużynie wygraną i ostaje w wielkiej sławie.
Nagle gdzieś z oddali usłyszał swoje imię i po chwili ktoś rzucił mu się w ramiona.
-Cześć Lily ! – zawołał.
-Hej, Teddy!
-Jesteś tu z rodzicami ? – zapytał Ted rozglądając się.
Lily złapała go za dłoń i poprowadziła w stronę sklepu Ollivandera.
-Z rodzicami ? Jesteśmy tu wszyscy, my, wujek Ron, choć nie bardzo wiem co on tutaj robi, ciocia Fluer i Bill razem z Vikki, Louisem i Dominique, wujek Percy z Audrey, Molly i Lucy !
Doszli pod wielki sklep Ollivandera, gdzie byli wszyscy, o których mówiła Lily.
James jak zwykle kłócił się z Albusem, Ginny i Harry rozmawiali z Percym, Billem i Fluer. Audrey poprawiała dla Lucy warkocz, a Molly stała na uboczu. Bardzo nie lubiła Victoire, Dominique i Louisa, zawsze uważała ich za „ bardzo, bardzo wrednych, tlenionych blondynów”.
Nie do końca wiadomo, o co tak dokładnie pokłóciła się kiedyś z Victoire, ale skutkuje to dożywotnią obrazą.
Poza tym, w ich rodzinie często dochodziło do spięć. Molly nie znosiła dzieci Billa i Fleur zapewne ze względu na urodę, ale też i tą ogromną dumę bez której nie ruszali się z domu.
-Spójrzcie kogo spotkałam ! – zawołała uradowana Lily.
Wszystkie oczy zwróciły się ku Teddy’emu i zaczęły się pytania, o niego, o babcie, o dom…
-Czekamy właśnie na Rona, niesie pieniądze z Gringotta. Dzisiaj wielki dzień ! Pierwsza różdżka Jamesa ! – powiedziała uradowana Ginny spoglądając na Jamesa, który właśnie wiązał sznurówki u butów Hugo tak, że gdy chłopiec chciał zrobić krok wywalił się jak długi na ziemię.
Chłopcy zaczęli się bić, na co Ginny krzyknęła:
-Jeśli zaraz nie skończysz James, nie będzie żadnego zwierzątka !
-Mamo, ale obiecałaś mi tą fajną jaszczurkę ! – jęknął James.
-Prawda, obiecałam. Ale to nie jest Wieczysta Przysięga, więc mogę ją łatwo złamać! Puść brata !
Wujek Ron podszedł pod nich z woreczkami galeonów.
-No dobrze, to jest twoje Harry – wręczył mu nieduży worek pieniędzy. – To twój Bill, Percy łap ! Ach i to dla mnie… Teddy, cześć chłopie ! Czemu nic wcześniej nie mówiłeś, że wybierasz się na zakupy ?
Ted wymienił uścisk dłoni z Ronem. Był on w pewnym sensie bohaterem rodziny. Nikt nie wspominał zdarzeń Wygranej Wojny ani tego co było wcześniej, ale każdy wiedział co zrobił Ron wraz z Harrym i Hermioną i robiło to na nich ciche wrażenie. Dzieci kiedyś cały czas nalegały na opowieści, Teddy dokładnie pamięta ten wieczór w domku w Dolnie Godryka. Ogień trzaskał przyjemnie w kominku, wszyscy usiedli dookoła niego, a wujek Ron rozpoczął swoją długą i emocjonującą opowieść. To właśnie wtedy zdobył w oczach Teda szacunek.
-Jakoś tak wyszło…
-No dobra banda, idziemy po te różdżki ?
-Myślę, że pan Ollivander dostanie zawału jeśli nagle pojawi się w jego sklepie tyle osób naraz.
-Tak… Bill ja pójdę z dziewczynkami po nowe szaty do Madame Malkin, ty kup Louisowi różdżkę. – powiedziała Fluer do męża.
Fleur mówiła już bardzo dobrym angielskim, chociaż wciąż pozostał jej ten śmieszny, francuski akcent, który Molly często przedrzeźniała.
-My z Lucy pójdziemy po nowe kociołki dla Molly.
-Dobrze, więc za pół godziny wszyscy w księgarni Esy- Floresy ! – zarządził Harry.
Wszyscy powoli zaczęli się rozchodzić.
-Teddy, może chcesz pójść z nami ? – zapytał Bill.
-Och, nie dziękuję, mam ważną sprawę do załatwienia… Będę za pół godziny w Esach i Floresach !
Teddy spojrzał na Victoire, która nie spuszczała z niego wzroku. Była ubrana w eleganckie ubrania, a jej długie blond włosy sięgały jej pasa. Jedyna z rodziny miała jasne błękitne oczy, od których ciężko było się oderwać. I piekielny charakter, którego nikt jej nie zazdrościł.
Obok niej stała Dominique, która miała krótkie nastroszone blond włosy, ubrana była w dżinsy i T-shirt z wokalistą Fatalnych Jędz. Louis w bereciku i modnym garniturze, wydawał się być stu procentowym francuzikiem. Był najmłodszy z nich wszystkich i w tym roku miał iść do Hogwartu po raz pierwszy.
Ted rzucił im chłodne spojrzenie i poszedł w stronę sklepu z kociołkami i gdy upewnił się, że nikt na niego nie patrzy, skręcił na ulice Śmiertelnego Nokturna.
Dookoła stało dużo podejrzanych typów, jakaś stara czarownica w kapturze szeptała coś do siebie, a inny wysoki mężczyzna bez zębów próbował wcisnąć Teddy’emu jakieś podejrzane fiolki.
-Nie, dziękuje ! – warknął trzeci raz do ów mężczyzny, który szedł za nim.
Przeszedł pośpiesznie przez wąską uliczkę i stanął na ulicy głównej. Rozejrzał się, ludzi było może trochę mniej niż na Pokątnej, ale zadziwiało go, że jednak jest ich tak dużo.
Łypali na niego groźnie i sam Ted czuł się nieswojo i nie na miejscu. Złapał mocno rączkę torby i wszedł do sklepu „Księgi i Książki Harleya”.
Gdy otwierał drzwi, dzwonek cicho zadzwonił , a niski sprzedawca od razu pojawił się za ladą. Ted rozejrzał się: dookoła było mnóstwo książek, wielkie szafy, a przez zasłonkę chłopak zauważył  zaplecze, w którym także stały potężne regały z książkami. Było tam ponuro i tajemniczo, czuć było stęchlizną i pleśnią. Ciepłe powietrze i mnóstwo kurzu leżącego na książkach, utrudniały Lupinowi oddychanie.
Sprzedawca miał na sobie ciemną szatę, a na głowie zostały mu ledwo strzępki rudych włosów. Był nieogolony, brakowało mu kilku zębów i co najbardziej zaciekawiło, ale i zniesmaczyło Teddy’ego było jego oko, które w ogóle się nie ruszało i ciągle wpatrywało się w jeden punkt.
-Dzień dobry ! – powiedział sprzedawca z fałszywą serdecznością.
Ted kiwnął głową i podszedł do lady.
-Chciałbym coś sprzedać…-zaczął cicho i niepewnie chłopak.
Teddy’emu nie chodziło tylko o sprzedaż … Miał nadzieję, że sprzedawca powie coś więcej na temat Księgi Gads, w końcu chyba się na tym zna.
-Nic nie kupuję, ja tylko sprzedaje. Jeśli masz jakieś czarnomagiczne barachło za pazuchą, to lepiej idź do Bergina i Berksa. – odpowiedział skrzeczącym głosem Harley.
-To książka…
-Nic mnie to nie obchodzi, paniczu. Pomyliłeś sklep… i ulicę też.
Ted nie słuchał już go tylko wyjął Księgę Gads i położył na ladę.
-Myślę, że to pana zainteresuje…
Mężczyzna wziął Księgę Gads, zaczął ją obracać w dłoniach i szeptać coś do siebie. Delikatnie przejechał palcami po złotym znaczku z wyrytymi literami KG na okładce. Jego reakcja nasunęła Teddy'emu jedną myśl : on musi coś wiedzieć.
-Ciekawe…Tyle lat…
-Widział pan już kiedyś tą Księgę ?- zapytał ostrożnie Ted.
 Mężczyzna westchnął i przejechał ręką po ostatkach włosów. Podniósł wzrok i lekko się uśmiechnął, co wyglądało obrzydliwie i przerażająco.
-No tak, słyszałem o niej wiele i nawet raz zdarzyło mi się ją zobaczyć. To niewiarygodne, że jest teraz w moich rękach. Ostatnia z serii Czarnych Ksiąg, piąty tom, unikat…
-Co jest w niej takie ciekawe ?
Sprzedawca zmieszał się i odchrząknął.
-Dla ciebie chłopcze prawdopodobnie nic, ale dla ludzi którzy zgłębiają tajniki czarnej magii… jest czymś bardzo cennym. – widać było że Harley coś kręci, w każdym razie nie wyznał Teddy’emu całej prawdy.
Jego spojrzenie znów powróciło do księgi, a oddech zrobił się ciężki. Wyczuwał drzemiącą w niej magię i ciężar jej wiedzy.
Harley chciał otworzyć Księgę, lecz stało się coś niezwykłego. Wszystkie kartki posklejały się ze sobą, co wprowadziło sprzedawce w niezdrową ekscytację, ale też i złość.
Wziął do ręki różdżkę i spróbował przyłożyć ją do Księgi, gdy ta otworzyła się i niczym tygrys z wielką paszczą ugryzła Harleya papierowymi zębami. Co ciekawe na rękach mężczyzny pojawiły się wąskie rany obficie ociekające krwią.
-Tak się nie zachowuje prawdziwa Księga Gads… To jakiś nędzny duplikat ! Nigdy o czymś takim nie słyszałem ! – Harley był wściekły i patrzył na nią zawzięcie.
Księga Gads, jakby urażona tymi słowami spadła mężczyźnie na nogę, a on odskoczył i począł krzyczeć jakby półtonowy blok zwalił mu się na stopę.
-Czy to ma być jakiś żart? -zawołał.
-Nie, przepraszam ja nie wiem jak to się stało.
-Wynocha stąd ! Ale już !
Wściekły Harley wstał, był czerwony jak burak i żyła na szyi niebezpiecznie mu pulsowała.
-Spróbuj mi się jeszcze raz tu pokazać, a pokaże ci czemu ta ulica nazywa się ŚMIERTERLNYM Nokturnem !
Teddy podniósł Księgę, wybiegł szybko ze sklepu i pędził z całych sił na Ulicę Pokątną. Spojrzał na zegarek, no tak już czas żeby się spotkać w księgarni.
Wszedł pośpiesznie przez drzwi trącając łokciem kilka osób, po czym starał się uspokoić siebie i swój oddech.
Po raz pierwszy Księga Gads pokazała swoje inne oblicze. Zobaczył moc jaka w niej drzemie i okazało się, że naprawdę… otwiera się tylko dla Teddy’ego.
Jak mógł być tak głupi, żeby chcieć ją sprzedać ? Kopnął z wściekłością o ścianę. Kilka czarownic odwróciło się i popatrzyło na Teddy’ego pobłażliwym wzrokiem.
Chciałem to zrobić dla babci… Ale popełniłem błąd ! W końcu ten sprzedawca dowie się, że to jednak nie był duplikat ! I co wtedy? Czy będzie mnie szukał ? Jak bardzo chciałbym cofnąć czas… Czemu nie uwierzyłem panu Pigeonowi ?”- z takimi myślami Teddy bił się przez dobrą chwilę, gdy nagle Weasleyówna pojawiła się obok niego.
-Coś się stało ? -spytała Dominique, która stała przy książkach z kategorii Zielarstwo. – Źle się czujesz ? Jakoś dziwnie wyglądasz…
-Nie, nie…
-Spójrz Domi, znalazłam ci tą książkę ! – zawołała Lily podbiegając pod nią.
-A gdzie jest Victoire? Wszędzie jej szukam…- zapytała Dominique.
-Nie wiem, ostatnio ją widziałam przy wejściu do księgarni… Och Teddy, już jesteś ! Jakie książki kupujesz ? – Lily wykazywała się być skora do pomocy.
Nagle z tłumu ludzi pojawiła się Victoire.
-Vikki, gdzie byłaś ? – zawołała zaskoczona Dominique. – Spójrz mam już wszystkie książki dla ciebie.
-Och, eee… zgubiłam gdzieś swoją listę z Hogwartu.- zaczęła niepewnie Victroire.
-Przecież ja ją mam ! – zaśmiała się Dominique.
-No właśnie, a ja myślałam, że gdzieś ją podziałam! Mogłaś mi coś powiedzieć ! - Victoire zaczęła się awanturować.
-No jasne, a ty masz coś tam jeszcze w tej głowie ?
Nagle Teddy zauważył rozdarte spodnie w okolicy kolana i niedużą ranę. Spojrzał na Victoire, ale ta tylko uniosła dumnie brodę.
 -Co ci się stało w nogę ? -zapytał Teddy.
Victoire zarumieniła się i spojrzała na spodnie.
-Zaczepiłam się o gwóźdź wystający w jednej z szafek.
Dominique uniosła brwi i powiedziała stanowczo:
-Sierotą to trzeba się urodzić.


Był pierwszy września, słońce powoli wschodziło i w Telford stopniowo świat budził się do życia.
Cóż może być bardziej ekscytującego i pięknego od powrotu do domu? Teddy schodził po schodach z zapakowaną torbą, z uśmiechem na twarzy, czując, że entuzjazm nie prędko go opuści.
Babcia odprowadziła go na King’s Cross i bez większych wzruszeń pożegnała się z nim przy peronie 9 i 3/4.
-Uważaj na siebie i proszę… zostaw tę Księgę w spokoju !
Od jakiegoś czasu bowiem Teddy nie dawał za wygraną i często zaglądał do Księgi Gads, która jak na złość, po prostu ukrywała przed nim swoje tajemnice.
Pocałował Andromede w policzek i przebiegł przez barierkę peronu 9 i 3/4 .
Przed sobą ujrzał obrazek, który tak bardzo pokochał- Express Hogwart, buchająca para, pełno uczniów, klatki z sowami i kufry…
Od razu zauważył swojego przyjaciela, Olivera Scotta, który stał przy pociągu rozmawiając z grupką Puchonów. Teddy wymierzył mu kuksańca, a rozpromieniona twarz Olivera, zwróciła się ku niemu.
-Najprawdziwszy przyjaciel jest jeden i to na całe życie- pomyślał kiedyś Teddy.
Te słowa dotyczyły Olivera, który od pierwszego roku w Hogwarcie dzielnie towarzyszył chłopakowi.
Scott, jak również czasem wołali na niego znajomi, był chłopakiem wesołym, pozytywnie nastawionym do życia, mimo swoich problemów rodzinnych, zawsze starał się być pogodny.
To może tak imponowało Teddy’emu, bo gdy on żył w świecie uczuć i myśli, a jego wybitny intelekt sprawiał, że stawał się sławny, Oliverowi nie potrzebne były wybitne stopnie do osiągnięcia grupki przyjaciół i fanów. Przyciągał innych jak magnes, a oni po prostu dobrze czuli się ze Scottem w grupie.
Z Oliverem, Teddy dzieli dużo wspomnień i przygód. Często ze śmiechem wspomina, jak to w drugiej klasie zamienili buty Briana Rovella na „Stepujące Trzewiki” kupione w sklepie Weasleyów. Buty miały magiczną moc, przez co Brian, nie zauważywszy różnicy, założył je i nie mógł zdjąć. Na dodatek przez cały czas stepował.
Wymykając się od wspomnień Teddy’ego, wróćmy do peronu 9 i 3/4.
-Cześć Teddy ! -zawołał uradowany Oliver.
-Hej, miło mi cię widzieć, stary…
Obok Scotta stało czterech innych Puchonów, w tym jedna bardzo ładna i bardzo lubiana Puchonka – Kathy Clover.
Dominic Handle, Nicolas Smertly i Frank Smith, mieszkali razem z Teddym i Scottem w pokoju, często też tworzyli z Oliverem paczkę.
-Jak ci minęły wakacje? -zapytała Kathy.
-Szczerze mówiąc, myślałem, że zanudzę się na śmierć.
-Przepraszam stary, chciałem się z tobą spotkać i zaprosić cię do nas nad jezioro, ale nagle rodzice wpadli na genialny pomysł i zadzwonili tym…no… tefl…telgf… teftelonem czy czymś takim do mojej mugolskiej ciotki z Birmingham i zaprosili ją na wakacje!
-I jak było? – zapytał ciekawy Dominic.
-Koszmarnie, wariatka przywiozła ze sobą komputer… tak?… i cały czas na nim siedziała… Na uszach miała jakieś dziwne słuchawki i cały czas ten telefton jej pikał i dzwonił !
Wszyscy zaśmiali się wesoło, po czym weszli do pociągu, szukając sobie miejsca.
Było już późno, więc prawie każdy przedział był zajęty, w końcu Dominic z Nicolasem usiedli w jednym przedziale z jakimiś Krukonami, a Teddy, Oliver i Kathy dosiedli się do przedziału gdzie siedziała jakaś nieznana Teddy’emu dziewczyna.
-Cześć…-zaczęła niepewnie Kathy.- Możemy się dosiąść?
Dziewczyna podniosła tylko wzrok zza podartej, starej książki i prawie niezauważalnie kiwnęła głową.
Teddy pomógł Kathy postawić kufer, swój także postawił, po czym usiadł z przyjaciółmi po jednej stronie przedziału.
Nagle do przedziału wpadła zdyszana Victoire, ciągnąca swój wielki różowy kufer.
-Uff… Ledwo zdążyłam przed odjazdem. I jeszcze ten kufer…
Wszyscy patrzyli na nią jak na niechcianego gościa. Vikky jednak zupełnie ich ignorowała, chociaż w głębi serca również nie cieszyła się z takiego towarzystwa. Mogła teraz siedzieć ze swoimi przyjaciółmi, a nie z tą bandą oferm.
Teddy wstał i pomógł, ku jej zdziwieniu, wsadzić kufer na półkę.
-Eee…Jak się nazywasz?- zaczęła Kathy, spoglądając na nieznaną towarzyszkę.
Dziewczyna odgarnęła swoje czarne włosy i odłożyła książkę. Dopiero wtedy Teddy zauważył jak dziwnie wygląda. Miała na sobie podarte ciemne dżinsy, koszulkę z jakimiś dziwnymi istotami, a na rękach miała pełno koralików i innych bransoletek. Włosy, ciemne i długie opadały jej w nieładzie na ramiona. Ted zauważył że na szyi ma wytatuowany lub narysowany jakiś dziwny znak.
-Jestem Lyla Scamander...- powiedziała powoli, jakby sama się nad tym zastanawiała.
Teddy’emu od razu zdawało się, że skądś poznaje wszystkie ruchy, sposób mówienia i ten dziwaczny styl dziewczyny- była to córka Luny Lovegood- Scamender, przyjaciółki Harry’ego ze szkoły. Lupin widział matkę Lyly kilka razy w życiu, raz w Ministerstwie na gali Auror Roku, gdzie przyszła by wspierać Harry’ego i wujka Rona, kolejny raz widział ją w Doolin, gdzie byli z Weasleyami na wakacjach, a ona razem z mężem próbowała złapać rzadki okaz Kiełka Achilli.
Te same wyłupiaste oczy, błędny wzrok, sposób bycia… Tylko włosy miała po ojcu.
Kathy przedstawiła każdego po kolei, wzrok Lyly obojętny, zatrzymał się tylko na Teddym.
-Jesteś synem chrzestnym Harry’ego Pottera?- zapytała dziewczyna.
-Tak…
-A więc, wiem kim jesteś Teddy Lupinie. Słyszałam o twoich rodzicach… Przykro mi. Moja matka też walczyła w bitwie o Hogwart.
Teddy nie do końca wiedział co ma powiedzieć, więc tylko kiwnął głową. Nie lubił kiedy ktoś wracał do tematu jego rodziców, a wszyscy nauczyli się już, że nie należy do tego tematu wracać. Lyla jednak nie znała tych zasad i nie robiło jej to problemu.
-Kim są twoi rodzice ? -zapytał Oliver.
-Są odkrywcami – odpowiedziała dumnie unosząc brodę.
-Pracują dla Żonglera, nieprawdaż? -zapytała kpiącym głosem Vikki.
-Nie… Czasami tylko piszą jakieś artykuły, to mój dziadek zajmuje się Żonglerem. Moi rodzice są odkrywcami.
-Tak? A co takiego odkryli?- zapytała sceptycznie Victoire. – Słyszałam, że sądowali się z Wizengamotem, by dodać jakiegoś Chrapaka do listy magicznych stworzeń Anglii, ale nikt się nie zgodził. Na koniec którejś z rozprawy sędziemu coś się pomieszało i uznano, że to twoi rodzice są za to odpowiedzialni.
-Ale oddalono te zarzuty, gdyż odkryto, że pana Paverly zaatakowało stado Gnębiwtrysków ! – zawołała Lyla i zaśmiała się wesoło.
-Och, doprawdy ty i twoja rodzina jesteście tacy zabawni- zakpiła Victoire. - Szkoda tylko, że nie macie do końca poukładane w głowach.
Lyla wzięła do rąk swoją książkę i wyszła z przedziału.
-Jak możesz być taka złośliwa Victoire ? -warknął Teddy.
-Co ? Ja po prostu… Przecież wiecie, że to wszystko o czym ona mówi to brednie !
-Może sobie w końcu wbijesz do tej pustej główki, że to idiotyczne by tak pomiatać ludźmi.
Zdenerwowany wyszedł z przedziału. Od razu zauważył córkę Luny - stała przy oknie, na korytarzu i wpatrywała się w krajobrazy zza okna.
-Lyla…-zaczął Teddy.
-Nie musisz nic mówić, Teddy. Nie potrzebuje pustych słów…
Teddy stanął obok niej.
-Nie przejmuj się Victoire, ona już taka jest.
Lyla spojrzała się na niego dziwnym wzrokiem, bardziej poważnym niż zwykle.
-Jesteś inny, Tedzie Lupinie.
-Mam to uznać za komplement ? – zaśmiał się chłopak.
-Tak i to najlepszy ze wszystkich.
-Mogę cię jeszcze o coś zapytać ?
Lyla popatrzyła na niego swym błędnym spojrzeniem i lekko kiwnęła głową, zgadzając się.
-No więc… chciałem cię zapytać…Wiem, że to nie moja sprawa, ale… Co to za znak na twojej szyi?
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko i uciekła bez słowa













Brak komentarzy:

Prześlij komentarz